Na nowych osiedlach w Łukowie wolne drogi pożarowe coraz częściej są zastawione przez samochody mieszkańców. Utykające wozy strażackie nie mogą szybko reagować na wezwania, co stwarza realne zagrożenie dla życia i zdrowia. Radni i komendant straży proszą o rozwagę i przestrzeganie przepisów parkowania.
Wyobraź sobie, że w twoim mieszkaniu wybucha pożar, a ciężki wóz bojowy utyka kilkadziesiąt metrów dalej. Nie z powodu miejskich korków. Powodem jest sąsiad, który zaparkował na zakazie „tylko na chwilę”. Na nowych łukowskich osiedlach ten scenariusz staje się niestety ponurą codziennością.
Kiedy podczas ostatniej sesji Rady Miasta wywołano temat bezpieczeństwa, nikt nie spodziewał się gładkich odpowiedzi. Samochodów w Łukowie przybywa z każdym miesiącem. Kawałków wolnego asfaltu pod blokami ubywa równie szybko. Ratownicy mówią wprost, że manewrowanie kilkunastotonowym kolosem między ciasno porzuconymi osobówkami to często nerwowa walka o każdy centymetr. Wozy strażackie mają swoje gabaryty i praw fizyki się tu nie oszuka. Potrzebują przestrzeni, żeby dojechać pod samą klatkę i bezpiecznie rozstawić podnośnik. Niestety drogi ratunkowe przypominają dziś bardziej tor przeszkód niż trasy szybkiego reagowania.
Problem wcale nie jest abstrakcyjny. Radny Jarosław Okliński rzucił na stół konkretne adresy. Gdzie jest najgorzej? Nowe inwestycje deweloperskie, szczególnie te przy ulicy Wileńskiej i Kresów Wschodnich. Samorządowiec przyznał, że czasem nawet zwykłym autem osobowym ciężko się tam przecisnąć w godzinach popołudniowych. Wytyczone drogi pożarowe istnieją często tylko na papierze, bo w rzeczywistości toną pod maskami nielegalnie zaparkowanych pojazdów. W razie nocnego alarmu strażacy po prostu nie mieliby gdzie rozłożyć sprzętu. Zamiast lać wodę, musieliby fizycznie przepychać cudze auta i marnować bezcenny czas.
Konrad Turski, komendant łukowskiej straży pożarnej, postawił sprawę dość brutalnie. Jego ludzie to profesjonaliści, ale cudów nie zrobią. Przekonywał z mównicy, że służby ratunkowe w ogniu walki o ludzkie życie nie mają czasu na szukanie właścicieli pojazdów po klatkach schodowych ani na demontaż okolicznych płotów. Ogień nie czeka na przyjazd lawety. Szef strażaków zaapelował o odrobinę zdrowego rozsądku. Mieszkańcy bezmyślnie zastawiający dojazdy ewakuacyjne nie grają na nosie mundurowym. W ten sposób ryzykują życiem swoim, swoich bliskich i sąsiadów zza ściany.
Zanim wieczorem znów wciśniesz auto na trawnik przy hydrantach albo zablokujesz strefę dojazdu, po prostu rozejrzyj się wokół. Następnym razem syreny mogą wyć w drodze do twojej rodziny. A wtedy te pięćdziesiąt metrów, które strażak będzie musiał przebiec z ciężkim sprzętem, wyda ci się wiecznością.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Może niech w końcu miasto otworzy stojący tam nieużywany parking i problem naprawi się sam
Może niech w końcu miasto otworzy stojący tam nieużywany parking i problem naprawi się sam