To była prawdopodobnie jedna z najdłuższych batalii o pojedyncze miejsce postojowe w historii Łukowa. Po niemal dekadzie z parkingu u zbiegu ulic ks. Brzóski i 11 Listopada zniknęło legendarne już Renault Kangoo. Samochód, który wrósł w miejską infrastrukturę i pamięć mieszkańców, stał się jaskrawym przykładem tego, jak bezsilne bywa prawo wobec porzuconych aut. O rozwiązaniu tego uciążliwego problemu poinformował przewodniczący Rady Miasta Łuków, Artur Czubaszek, który od początku pilotował tę sprawę.
Historia tego konkretnego Renault Kangoo na łukowskim parkingu rozpoczęła się w styczniu 2017 roku. Od tamtego momentu pojazd nie ruszył się z miejsca ani o centymetr. Z roku na rok jego stan techniczny drastycznie się pogarszał – auto niszczało, było dewastowane, a z czasem wokół kół zaczął gromadzić się brud, tworząc wokół opon barierę, która niemal dosłownie spajała wrak z kostką brukową.
Dla mieszkańców okolicznych bloków z osiedla Leona Klimeckiego, którzy każdego dnia toczą zaciętą walkę o wolną przestrzeń dla swoich samochodów, widok niszczejącego „grata” był jak sól w oku.
Sprawa nabrała realnego biegu dopiero wtedy, gdy poirytowani lokatorzy postanowili głośno zaprotestować. Sygnały od mieszkańców szybko przerodziły się w oficjalną interpelację, którą złożył radny Artur Czubaszek.
– Sprawa zaczęła się od zgłoszeń mieszkańców osiedla Leona Klimeckiego i mojej interpelacji w tej sprawie. Samochód od lat był nieużywany, uszkodzony i zwyczajnie zajmował miejsce parkingowe, którego każdego dnia potrzebują mieszkańcy – tłumaczy przewodniczący Rady Miasta, który podjął się walki z urzędniczą machiną.
Reklama
Szybko okazało się jednak, że chęci to za mało. Przeciętny kierowca mógłby pomyśleć: stoi wrak, przyjeżdża laweta, problem z głowy. Rzeczywistość prawna w Polsce jest jednak drastycznie inna, a usunięcie porzuconego mienia z przestrzeni publicznej przypomina proces o wielką cywilną odpowiedzialność.
Jak podkreśla sam radny, mało kto zdaje sobie sprawę z tego, jak skomplikowane i czasochłonne jest usunięcie takiego pojazdu.
– Mało kto zdaje sobie sprawę, jak skomplikowane jest usunięcie takiego pojazdu. W całe postępowanie musiały być zaangażowane różne instytucje – zauważa Artur Czubaszek.
Reklama
W całe postępowanie, trwające długie miesiące, musiała zaangażować się bezprecedensowa liczba podmiotów. Aby zachować procedury i nie narazić miasta na proces ze strony (często nieuchwytnego) właściciela, w sprawę włączono:
Zarząd Dróg Miejskich w Łukowie – odpowiedzialny za status prawny drogi i parkingu,
Komendę Powiatową Policji w Łukowie – prowadzącą czynności identyfikacyjne,
Sąd Rejonowy w Łukowie – który musiał wydać stosowne orzeczenia dotyczące mienia,
Komornika sądowego – egzekwującego postanowienia,
Pracowników Urzędu Miasta Łuków – koordynujących administracyjny chaos.
Dopiero zgranie działań tych wszystkich instytucji i przejście przez skomplikowaną procedurę m.in. ustanowienia własności lub prawa do przymusowego odholowania, pozwoliło na ostateczne wezwanie lawety.
Wrak w końcu odjechał, a na osiedlu zapanowała ulga. Choć sprawa dotyczyła tylko jednego samochodu, dla lokalnej społeczności ma wymiar symboliczny – pokazuje, że konsekwencja przynosi skutki. Przewodniczący rady miasta i zarazem zaangażowany w sprawę radny nie kryje satysfakcji z finału tej długiej drogi formalnej.
– Dziękuję wszystkim zaangażowanym służbom i instytucjom za konsekwencję i doprowadzenie sprawy do końca. To była dłuuuga procedura, ale w efekcie kolejne "odzyskanie miejsce parkingowe" już służy mieszkańcom – podsumowuje Artur Czubaszek.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze