Paweł Zdunek z Lipniaka nie wahał się ani chwili.
Paweł Zdunek - dla przyjaciół "Ziutek" - nie boi się trudnych wyzwań. Wszedł na Mont Blanc więc jest twardy. Teraz ruszył na pomoc koledze z Ukrainy i jego rodzinie. Chodziło o przyjaciela z pracy, który dzień przed inwazją wrócił z Polski do rodzinnego Iwano Frankiwska. Na lotnisko wojskowe w tym mieście spadły rosyjskie rakiety.
- Powiedziałem mu: stary nie zostawię Was. Jak coś! Jestem - wspomina ostatnią rozmowę w Polsce Zdunek.
Decyzja zapadła w sobotę. Walentina - żona kolegi i jej dwie córki ruszyły na zachód. Zdunek miał je odebrać na trasie między Lwowem, a polską granicą.
- Zrobiłem kanapki, wziąłem jakieś jedzenia, wodę i ruszyłem - opowiada widz lukow.tv.
Granicę polsko - ukraińską przekroczył w sobotę po południu. Opowiada, że na zachód ciągnął sznur samochodów. Było też tak, że ludzie porzucali pojazdy i po kilkanaście kilometrów szli pieszo. Głównie kobiety z dziećmi - opowiada Paweł.
Zdecydował się zostawić auto i ruszyć "z buta" na wschód.
- Przemaszerowałem 7 kilometrów aż spotkałem dziewczyny. Do mojego samochodu dotarliśmy ok. 20. Mieliśmy 15 kilometrów do granicy. Utknęliśmy w korku - opowiada Zdunek.
Reklama
Wtedy przypomniał sobie, że dla mieszkańców UE władze ukraińskie utworzyły korytarz. Chwycił paszport pokazując go przez okna, włączył "lewy kierunek" i pojechał.
- Przepuszczali nas. właśnie tym pasem dla mieszkańców UE czy dyplomatów - wspomina.
Dopiero na przedostatnim posterunku przed granicą żołnierze powiedzieli stop. Trzeba było czekać. Granice udało się przekroczyć dopiero w nocy z niedzieli na poniedziałek. Walentina i jej 5- letnia bliźniaczki są bezpieczne. Paweł wziął je pod swój dach. Dziewczynki mają iści do jednego z przedszkoli w gminie Stanin.
Przyjaciel Ukrainiec dostał powołanie. Wojna na Ukrainie trwa.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze