Anna i Piotr Drosio z gminy Stoczek Łukowski prowadzą duży dom. Właśnie przyjęli pod dach młode mamy i ich dzieci, które uciekły z ogarniętej wojną Ukrainy.
Sasha z dziećmi, Irina z synkiem. Swietłana i Wiktoria uciekły z miasta Kowel. To prawie 70-tysięczna miejscowość w obwodzie łuckim - 50 kilometrów od granicy z Polską i 80 z Białorusią. Do grupy dołączył Jura. Gdy wybuchała wojna był we Frankfurcie.
Uchodźcy mają do dyspozycji trzy pokoje i aneks kuchenny. Z Anią i Piotrem Drosio skontaktował ich znajomy Polak. Przyjechali do naszego powiatu w piątek wieczorem.
- Prawie dwie doby czekaliśmy na przekroczenie granicy w Dorohusku. Korek miał 5 kilometrów. Teraz ma dużo więcej - opowiada Sasha. Na Ukrainie prowadziła z mężem rodzinny biznes: produkcja biżuterii. Jej ukochany został. - W Kowlu jest ważny węzeł kolejowy. Strategiczny - wyjaśnia Sasha. Mężczyźni w wieku 18-60 lat nie mogą opuszczać kraju. Ogłoszono powszechną mobilizację.
- Decyzja o ucieczce zapadła szybko, gdy w czwartek rano Rosjanie zbombardowali lotnisko wojskowe w Łucku - mówi Irina, która jest kosmetyczką.
- Kowel jest blisko granicy z Białorusią. Tam są rosyjskie czołgi. Boimy się, że wejdą od północy - zaznacza Jura, który handluje używanymi samochodami. - Putin jest nieobliczalny - dodaje.
Gościnność Polaków jest dla nich ogromna. - Bardzo nam pomagacie. Za wszystko dziękujemy - zaznacza Sasha. Dodaje, że zostali ciepło przyjęci. Ale bardzo tęsknią za bliskimi. - Cały czas się martwimy - tłumaczy.
Co dalej?
- Potrzebujemy broni. O nią prosimy Europę - zaznacza Jura. Nie wiadomo jeszcze jak długo goście z Ukrainy zostaną w powiecie łukowskim. - Wszystko zależy od sytuacji na Ukrainie. Najchętniej wrócilibyśmy do domu jak wojna się skończy. Jeżeli nie, rozważamy wyjazd do USA - kończy Sasha.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze