Policjanci z Siedlec odnaleźli skradzione renault na poboczu drogi w gminie Trzebieszów w powiecie łukowskim. Choć złodziej szybko wpadł w ręce mundurowych, finał akcji zaskoczył samych funkcjonariuszy – do celi trafił również właściciel auta, który wezwał pomoc, zapominając, że sam jest poszukiwany przez sąd.
Mieszkaniec Siedlec pewnie nie tak wyobrażał sobie finał poniedziałkowego wieczoru. Wszystko zaczęło się od spotkania przy alkoholu, a skończyło policyjną obławą w powiecie łukowskim i niespodziewanym aresztem dla samego poszkodowanego. Ta historia pokazuje, że los potrafi być wyjątkowo złośliwy, zwłaszcza gdy ma się coś na sumieniu przed wymiarem sprawiedliwości.
Kradzież auta w powiecie łukowskim
Wieczorna biesiada dwóch znajomych w jednym z siedleckich mieszkań przybrała fatalny obrót. Gospodarz, 40-letni mężczyzna, w pewnej chwili zorientował się, że jego 44-letni kolega zniknął razem z kluczykami do samochodu.
- Gdy wyjrzał przez okno i zobaczył pustkę na parkingu, natychmiast chwycił za telefon i zaalarmował służby. Policjanci z Siedlec od razu ruszyli tropem srebrnego renault, podejrzewając, że sprawca mógł uciekać w stronę sąsiednich powiatów. relacjonuje kom. Ewelina Radomyska z siedleckiej policji.
Mundurowi wykazali się świetnym instynktem, kierując swoje siły na teren gminy Trzebieszów w powiecie łukowskim.
- To właśnie tam, na poboczu drogi, dostrzegli porzucony pojazd. Auto stało samotnie, więc funkcjonariusze przygotowali zasadzkę. Cierpliwość się opłaciła, bo po krótkiej chwili w pułapkę wpadł poszukiwany 44-latek - dodaje pani rzecznik kom. Ewelina Radomyska.
Reklama
Okazało się, że mężczyzna zdążył już narobić sporo kłopotów. Zanim dotarł do gminy Trzebieszów, zatankował paliwo na stacji w Zbuczynie i odjechał bez płacenia. Aby zmylić pościg, zamontował na renault kradzione wcześniej tablice rejestracyjne, które zabrał z innego pojazdu pod Siedlcami.
Prawdziwy przełom nastąpił jednak w momencie, gdy policjanci zaczęli spisywać dane właściciela samochodu. Rutynowa kontrola w systemie wykazała coś, czego 40-latek zupełnie się nie spodziewał. Mężczyzna był poszukiwany przez warszawski sąd do odbycia kary dwóch lat pozbawienia wolności. Zamiast odzyskać auto i wrócić do swoich spraw, zgłaszający sam poczuł na nadgarstkach kajdanki. Ostatecznie obaj uczestnicy feralnego spotkania trafili do policyjnej celi. Samochód wrócił do właściciela, ale ten nacieszy się nim dopiero po wyjściu z więzienia. Informacje o tym niecodziennym zdarzeniu przekazała Komenda Miejska Policji w Siedlcach.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze