Grudniowe wieczory sto lat temu w Polsce - opis tradycyjnej wigilijnej atmosfery, zwyczajów i obrzędów, składających się na świętowanie po odzyskaniu wolności. Symbolika, jedzenie, wróżby i radość z odzyskanej niepodległości widoczne w wiejskich izbach i miastach.
Sto lat temu grudniowe wieczory w Polsce wyglądały zupełnie inaczej niż te, które znamy z dzisiejszych zabieganych miast. W latach 20. ubiegłego wieku wigilijna aura była mieszanką surowej, wiejskiej tradycji i ogromnej dumy z tego, że kraj wreszcie odzyskał wolność. Choć do miejskich salonów powoli zaglądała nowoczesność, na prowincji życie wciąż toczyło się według starego, sprawdzonego rytmu. Ludzie wierzyli, że to, co wydarzy się tego jednego wieczoru, ustawi im całe życie na nadchodzący rok.
W wiejskich izbach zamiast kolorowych bombek w rogach stawiało się wielkie, niemłócone snopy zboża. Miały one przypominać o nadchodzących żniwach i zapewniać, że nikomu nie zabraknie chleba. Pod sufitem, zamiast dzisiejszej stojącej choinki, dumnie kołysała się podłaźniczka, czyli przystrojony czubek świerka. Wieszano na nim orzechy zawijane w pozłotkę i czerwone jabłka, które miały przynosić domownikom zdrowie i krzepę. Całości dopełniało siano ukryte pod białym obrusem, symbolizujące skromne narodziny w stajence.
Kiedy na niebie zabłysła pierwsza gwiazdka, rodziny zasiadały do wieczerzy, pilnując, by liczba osób przy stole była parzysta, co miało chronić przed pechem. Liczba dań była za to nieparzysta, a ich skład zależał od tego, co komu udało się wyhodować lub przynieść z lasu. Królowały proste, postne smaki: barszcz z uszkami, kluski z makiem, groch z kapustą i słodkowodne ryby. Najważniejszym momentem było jednak dzielenie się białym opłatkiem, przy którym nawet najtwardsi gospodarze nie kryli wzruszenia, ściskając dłonie swojej rodziny i służby.
Po kolacji przychodził czas na wróżby, które dziś traktujemy z przymrużeniem oka, ale wtedy budziły prawdziwe emocje. Młodzi wyciągali spod obrusa źdźbła siana, by sprawdzić, czy czeka ich szybki ślub, czy może kolejna zima w samotności. Wierzono też, że zwierzęta w oborach o północy zaczynają mówić ludzkim głosem, więc niosło się im kolorowy opłatek i resztki wigilijnych potraw. Wszystko to działo się w atmosferze wielkiej nadziei, bo po latach zaborów Polacy mogli wreszcie śpiewać kolędy przy choinkach zdobionych biało-czerwonymi barwami, ciesząc się wolnością we własnym, niepodległym domu.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze