W Łukowie podczas weekendu odbył się przedświąteczny jarmark, który przyciągnął tłumy mieszkańców. Zapach chleba, dymu wędzonego mięsa i topionego wosku wypełnił plac Solidarności. Dzieci z dumą prezentowały swoje prace, a sąsiedzkie pogawędki tworzyły wyjątkową, ciepłą atmosferę, pozwalając mieszkańcom zwolnić tempo przed świętami.
Wystarczył jeden weekend, by plac Solidarności i Wolności zmienił się nie do poznania. Zamiast codziennego pośpiechu, w powietrzu unosił się zapach wędzonego dymem mięsa, świeżego chleba i topionego wosku. Przedświąteczny jarmark ściągnął do centrum Łukowa prawdziwe tłumy. Ludzie przyjeżdżali z najdalszych zakątków powiatu. Gmina Łuków i tutejszy Gminny Ośrodek Kultury rzucili hasło, a odzew przerósł chyba najśmielsze oczekiwania. Zamiast pośpiesznego biegu między półkami w dyskontach, mieszkańcy wybrali spacer, rozmowę i smaki, jakich na próżno szukać w sieciowych sklepach.
Prawdziwe oblężenie przeżywały stoiska gospodyń z okolicznych wsi. To właśnie tam toczyło się najwięcej gorących dyskusji o tym, jak najlepiej przyprawić pieczeń i ile czasu wyrabiać ciasto na wielkanocną babę. Na stołach piętrzyły się pęta swojskiej kiełbasy, misterne palmy i lukrowane baranki. Za każdą taką kolorową pisanką stoją godziny żmudnej, ręcznej pracy, której nie da się wycenić. Zapachy wędzonek mieszały się ze słodyczą wypieków, drażniąc nosy i zmuszając do przełykania ślinki. Przechadzając się między straganami, miało się wrażenie, że całe miasto zeszło się tu na jeden wielki, sąsiedzki obiad.
Między dorosłymi przeciskały się roześmiane dzieciaki z całego miasta i sąsiednich miejscowości. To był w dużej mierze ich moment. Rozstrzygnięto konkursy na najpiękniejsze prace plastyczne, a nagrodzone stroiki natychmiast stały się częścią jarmarkowej scenografii. Trudno opisać wypieki na twarzach maluchów odbierających upominki – ta czysta, nieskrywana duma od razu udzielała się wszystkim dookoła. Co rusz przystawali znajomi. Tacy, którzy nie widzieli się od miesięcy, choć mieszkają zaledwie kilka ulic dalej. Było klepanie po plecach, szybkie życzenia, serdeczny śmiech. Okazało się, że w tym całym przedświątecznym kołowrotku wciąż potrafimy znaleźć czas dla drugiego człowieka.
Nikt nie zerkał nerwowo na zegarek. Gwar na placu przypominał raczej rozbudzone ule u progu wiosny – tętniący życiem, ale dziwnie uspokajający. Organizatorom i wystawcom udało się uchwycić coś ulotnego. Zbudowali przestrzeń, w której odżyły nasze tutejsze tradycje, a ludzie po prostu chcieli ze sobą pobyć, bez pośpiechu i bez przymusu. Wielu wracało do domów z ciężkimi siatkami, ale też z głowami przewietrzonymi od codziennych trosk. Można śmiało powiedzieć, że w Łukowie święta zaczęły się w tym roku o kilka dni wcześniej.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Łukasz, co Ty do cholery za bzdury popisałeś! Jakie wędzone mięso!
Łukasz, co Ty do cholery za bzdury popisałeś! Jakie wędzone mięso!