Wokół łukowskiego „Zielonego Gaju” było ostatnio wyjątkowo głośno. Gdy właściciel lokalu, Kamil Walczak, opublikował w sieci poruszające oświadczenie, wśród mieszkańców od razu pojawiły się pytania, czy to koniec znanej restauracji. Dziś wątpliwości zostały rozwiane – restauracja nie znika z mapy miasta, ale zmienia siedzibę. Od 1 października goście będą przyjmowani pod nowym adresem: przy ul. Międzyrzeckiej 106.
Lokal przenosi się do budynku sali bankietowej „Bajeczna”, którą restaurator kupił przed rokiem. Nowe miejsce znajduje się rzut beretem od dotychczasowego – jadąc w kierunku wiaduktu, trzeba skręcić w prawo. W komunikacie skierowanym do gości właściciele uspokajają, że nowa lokalizacja to jedyna zmiana. W menu pozostaną te same potrawy, w kuchni ta sama ekipa, a na sali sprawdzony, dobrze znany klimat.
Decyzja o przeprowadzce zapadła tuż po nagraniu 39-letniego restauratora, w którym opowiedział o realiach prowadzenia biznesu w Łukowie. Głównym powodem opuszczenia budynku przy ul. Międzyrzeckiej 60 było wypowiedzenie umowy najmu oraz sierpniowe załamanie obrotów. Dla człowieka, który spędził tam ponad dekadę, była to wyjątkowo trudna decyzja:
„Przez 13 lat wszystko, co tam zarabialiśmy, inwestowałem w to miejsce. Wymieniłem niemal wszystko prócz ścian: okna, elewację, dach, kostkę i wnętrza. Robiłem to z myślą, że buduję coś dla moich dzieci, by kiedyś mogły to przejąć i żywić ludzi. Dziś muszę się z tym pożegnać” – mówił ze smutkiem Kamil Walczak.
Łukowski przedsiębiorca głośno nazwał problemy, z którymi walczy dziś większość lokalnych punktów gastronomicznych i handlowych. Drastyczny wzrost rachunków za prąd, gaz i paliwo w połączeniu z wyższymi podatkami sprawiły, że biznes przestał się spinać. Żeby utrzymać klientów, trzeba było obniżać ceny – chociażby imprez okolicznościowych, które staniały w lokalu ze 180 do 130 zł od osoby. Właściciel pokazał też proste przeliczenie kosztów:
„Pracuję siedem dni w tygodniu i nie daję rady opłacić rachunków. Żeby dziś wyjść na zero przy obecnych kosztach, zwykły obiad dnia musiałby kosztować 90 złotych. Kto przyjdzie i tyle zapłaci?” – pytał wprost.
Restaurator rozprawił się również z powszechnym przekonaniem, że właściciel firmy automatycznie opływa w dostatki:
„Mój dom, samochody, sprzęt – to wszystko jest na kredycie i w leasingach. Prowadzę firmę od 13 lat, a tak naprawdę nie mam nic własnego. Nie chcę milionów na koncie. Chcę po prostu wychodzić na zero, opłacić dom, raty i dać pensję ludziom” – przyznał bez ogródek.
W nagraniu przeprosił także swoich pracowników i kontrahentów za opóźnienia w wypłatach oraz składkach ZUS, zapewniając, że robi wszystko, by jak najszybciej uregulować zaległości.
Najostrzejsze słowa padły pod adresem łukowskiego ratusza. Przedsiębiorca zaapelował do burmistrza i radnych o opanowanie podwyżek oraz przyjrzenie się temu, jak z trudem wiążą koniec z końcem małe, lokalne firmy:
„Opanujcie się z tymi podatkami i inwestycjami plastycznymi na lata. Zatrzymajcie się. Wystarczy przejść się po mieście – lokali do wynajęcia przybywa, bo nikt nie wytrzymuje tego ciężaru. Jeżeli myślenie naszych polityków i pana burmistrza się nie zmieni, w tym mieście po prostu nie da się funkcjonować” – apelował restaurator.
ReklamaMimo ogromnego stresu i niepewności właściciel „Zielonego Gaju” podkreśla, że broni nie składa. Z doświadczeniem wyciągniętym ze sportu i wiarą w głowie wchodzi w nowy rozdział przy ul. Międzyrzeckiej 106, licząc na wyrozumiałość oraz wsparcie mieszkańców Łukowa.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze