Po wypadku w Hucie Dąbrowie mama i dwoje małych dzieci walczą o zdrowie. Trwa zbiórka na leczenie, rehabilitację i dojazdy.
To miało być zwykłe popołudnie. 30-letnia Martyna z gminy Krzywda zabrała dwójkę swoich dzieci – 4-letnią Tosię i 2-letniego Marcelka – na przejażdżkę rowerową. Maluchy siedziały bezpiecznie w fotelikach, zgodnie z przepisami. Niestety, w Hucie Dąbrowie ich spokojny świat runął w jednej chwili. W tył roweru z ogromną siłą wjechał rozpędzony volkswagen. Siedząca za kierownicą 27-latka z niewiadomych przyczyn nawet nie próbowała hamować.

To, co działo się później na miejscu, przypominało sceny z najgorszego koszmaru. Aż trzy śmigłowce Lotniczego Pogotowia Ratunkowego, ryk silników i desperacka walka o życie matki i jej małych dzieci. Wszyscy troje z potężnymi obrażeniami trafili do szpitali. Łukowski sąd nie miał litości dla sprawczyni dramatu – najbliższe trzy miesiące 27-latka spędzi w areszcie, a za kratami może zostać nawet na 8 lat.
Ale policyjne statystyki to jedno, a prawdziwy dramat tej rodziny rozgrywa się teraz w szpitalnych salach i w ich własnym domu. Stan Martyny, mamy dzieciaków, wciąż jest bardzo ciężki. Niewyobrażalne cierpienie przechodzą też same maluchy.
Twarzyczka 4-letniej Tosi została dotkliwie poraniona przez odłamki samochodowej szyby, co skończyło się bolesnym szyciem. Dziewczynka ma pękniętą śledzionę, uraz płuca i złamaną rączkę. Jej młodszy braciszek, niespełna 2-letni Marcelek, przez tydzień leżał w śpiączce na oddziale intensywnej terapii. Ma połamane obie nóżki, mocno ucierpiała jego główka i brzuszek. Dopiero po niemal miesiącu spędzonym na chirurgii mógł w końcu wrócić do domu.
Powrót maluchów to jednak zaledwie początek niewyobrażalnie długiej drogi. W tej sytuacji na pierwszej linii walki został ojciec dzieci, Adrian. Z dnia na dzień musiał stać się pielęgniarzem, logistykiem i jedynym oparciem dla poranionych maluchów. Adrian na co dzień dba o ich rehabilitację, podaje leki, organizuje transporty do lekarzy. Dzieci potrzebują jego obecności 24 godziny na dobę. Każdy rodzic wie, że w takiej chwili rzuca się wszystko, dlatego Adrian musiał zrezygnować z pracy zarobkowej.

Choć rodzina i przyjaciele robią, co mogą, rzeczywistość jest bezlitosna. Koszty wizyt specjalistycznych, dojazdów, leków i sprzętu rehabilitacyjnego dla dwójki dzieci za chwilę przerosną możliwości finansowe najbliższych.
Nie cofniemy czasu. Nie wymażemy bólu i strachu z oczu tych dzieci. Ale jako społeczność możemy zdjąć z barków ich taty chociaż część finansowego ciężaru. Możemy dać mu ten komfort, by nie musiał martwić się o to, za co opłaci kolejną rehabilitację Tosi czy leki dla Marcela, i mógł skupić się po prostu na byciu z nimi.
W sieci ruszyła zbiórka na rzecz rodziny. Liczy się każda, dosłownie najmniejsza wpłata, bo to gest, który daje nadzieję. A jeśli w tej chwili nie możecie pomóc finansowo – zróbcie jedno, bardzo ważne kliknięcie i udostępnijcie ten tekst dalej. Pokażmy Adrianowi, Tosi i Marcelkowi, że w tym najtrudniejszym momencie życia nie zostali sami.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze